playbill
STRONA GŁÓWNA

  AKTUALNOŚCI
Scena Polska
Ulubieńcy broadwayu
Mówią więcej niż ludzie
Podróż do źródeł jazzu
Książki
Muzyka
Kalendarium
Pot-Pourri
Film
Scena Warszawa
Scena Kraków
Scena Wrocław
Od kuchni
PORTFOLIO
ARCHIWUM
WSPÓŁPRACA
O NAS
KONTAKT



Ulubieńcy broadwayu

Kiedy dobrych kilka lat temu pojawiły się na Broadwayu, nikt nie gwarantował im sukcesu. Dziś na ich przedstawienia przychodzą tłumy, a na bilety trzeba czekać nawet kilka tygodni. Są piękne, doskonale się poruszają i należą do najbardziej zdyscyplinowanych aktorów świata.O kim mowa? O lalkach.


Ofensywa Disneya

Zaczęło się od Króla Lwa, który wszedł na broadwayowskie afisze w 1998 roku. Wytwórnia Disneya, po sukcesie teatralnej wersji Pięknej i Bestii, postanowiła zmierzyć się z kolejnym ze swoich hitów. Znana wszystkim historia Simby, małego lwa, który po stracie ojca uczy się dorastać do roli króla dżungli miała teraz podbić serca nowojorczyków. Do współpracy zaproszono jedną z najciekawszych artystek ówczesnej awangardy, zafascynowaną orientem reżyserkę, lalkarkę i scenografa w jednej osobie – Julie Taymor. Jej Król lew fantastycznie połączył w sobie afrykański folklor z tradycją lalkową i musicalową widowiskowością. Prasa pisała, że to „prawdziwy raj... zapierające dech w piersiach piękno i teatralne szczyty. Co chwilę traci się oddech od bogactwa inwencji i plastycznej maestrii przedstawienia... Taymor wprowadziła na sceny broadwayowskie zupełnie nowy rodzaj obrazowania. Po prostu – nie istnieje nic, co dałoby się porównać z tym przedstawieniem” [Ben Brantley, „The New York Times”/WQXR Radio].

Taymor, rozpoczynając prace nad produkcją, miała przed sobą trudne zadanie. Musiała bowiem stworzyć show pod względem komercyjnym dorównujący filmowi, ominąć przy tym niebezpieczeństwo zbanalizowania przedstawienia i zachować opinię artystki eksperymentującej. Cele osiągnęła. Król Lew to eksplozja piękna i radości na scenie. Fantastyczna dramaturgia całej opowieści każe z rozmachem rozpocząć i zamknąć spektakl, a oczom widzów objawiają się wszystkie dobra fauny i flory afrykańskiej. Na scenę wbiegają naturalnych rozmiarów, smukłe antylopy, żyrafy, zebry, a na nawet słoń. Nad głowami widzów fruwają bajecznie kolorowe ptaki, a wszytko to w ciepłych odcieniach afrykańskiego słońca. Rewelacyjna muzyka Eltona Johna podkreśla klimat i sprawia, że całkowicie poddajemy się iluzji lalek. A – trzeba powiedzieć –są one mistrzowskie. W pomyśle Taymor tworzą integralną całość z człowiekiem, jednorodną linię i jeden ruch. Na potrzeby musicalu artystka zaprojektowała ich 232, w najróżniejszych technikach: bunraku, maskach, teatrze cieni, w połączeniu z animatroniką. Taymor potrafi korzystać ze zdobyczy lalkarstwa, a jej zwierzęcy bohaterowie naprawdę „żyją”. Czasami używa skomplikowanych mechanizmów – jak choćby w przypadku wielkiej twarzy Mufasy, która pojawia się w drugiej części przedstawienia; czasami – bardzo prostych: na przykład żyrafy to aktorzy noszący na głowie kilkumetrowe szyje, zaś na nogi i ręce zakładający odpowiedniej wielkości szczudła. Ich ruchy są bezbłędne i doskonale oddają sztywność, a zarazem grację kroku tych zwierząt.

Król Lew grany jest nie tylko w Nowym Jorku, ale i w Londynie, Hamburgu, Tokio, Nagoi, Melbourne, Sydney czy holenderskim Scheveningen. Nie sposób wymienić tu wszystkich nagród, jakie zdobył Król Lew, dość jednak powiedzieć, że otrzymał w 1998 r. nagrodę Tony i NY Drama Critics za najlepszy musical, Grammy za najlepszy album, zaś Julie Taymor została okrzyknięta w tym samym roku najlepszym reżyserem przez kapitułę Tony Award (jako pierwsza kobieta w historii), Drama Desk Award, Outer Critics Circle Award i Drama League Award.


Magiczna Kraina Oz

Historię odważnej Dorotki, która wędrowała do Czarnoksiężnika z Oz zna prawie każde dziecko na świecie. Jednakże autor książki. L. Frank Baum nigdy nie wyjawił jak wyglądało Szmaragdowe Miasto, zanim przybyła do niego dziewczynka. Twórcy musicalu Wicked sięgnęli do książki Gregorego Maguire Wicked: The Life and Times of the Wicked Witch of the West, będącej czymś w rodzaju prequela Czarnoksiężnika z Krainy Oz. Autor znany jest z pisania powieści rozwijających mroczne wątki popularnych baśni. Bestseller The Wicked opowiada o trudnej przyjaźni dwóch małych czarownic – Elphaba jest szmaragdowozieloną dziewczynką, mądrą, pełną temperamentu, ale niezrozumianą przez innych. Glinda to śliczna i popularna blondynka, nieco zbyt skupiona na sobie. Maguire zastanawia się w swojej powieści nad przyczynami, dla których Glinda została dobrą wróżką, a Elphaba złą czarownicą. I jak to zwykle bywa – wychodzi na to, że wszystkiemu winne jest nieszczęśliwe dzieciństwo. Fabuła podlana została politycznym sosem, zaś z Oz zrobiono krainę nietolerancji i korupcji.

Musical został wyprodukowany w 2003 roku, dokładnie w 100-setną rocznicę pierwszego wystawienia na Broadwayu Czarnoksiężnika z Krainy Oz i należy do największych hitów broadwayowskich ostatnich dwóch lat. Prócz świetnych piosenek Stephena Schwartza i chwalonych ról Idiny Menzel (Tony w 2004 r. za najlepszą żeńską rolę musicalową) i Kristin Chenoweth, na szczególną uwagę zasługują właśnie lalki. Nie byłoby fantastycznego świata Oz bez wielkiego, ziejącego ogniem smoka, który sunie po scenie jak żywy i – proszę mi wierzyć – nie ma nic wspólnego ze smoczkami, jakie można zobaczyć w naszych teatrach lalkowych. Podobnie jak nie byłoby diabolicznej Elphaby bez latających małp czy sceny, w której czarownica wznosi się na oczach widzów pod niebo, otoczona kilometrami ciemnego jedwabiu (podobne wrażenie wywierały niegdyś spektakle Philipa Genty, francuskiego lalkarza eksperymentującego z materiałem). No i wielka, gadająca twarz w pałacu Oz pytająca: Who are you, and why do you seek me?!, tuziny masek i tańczących stworów... Czarodziejska kraina, w której poznajemy smutne dzieje nie do końca złej Elphaby, staje się dzięki zabiegom scenografa Eugene Lee (m.in. oprawa plastyczna programu Saturday Night Live), przejmująco realna. I to właśnie za scenografię (Eugene Lee) i kostiumy (Susan Hilferty) musical Wicked otrzymał w 2004 roku nagrody Tony.


Bardzo niegrzeczna Ulica Sezamkowa

Dlaczego nie został okrzyknięty najlepszym musicalem roku? Ten tytuł zgarnęła dla siebie grana muppetami Avenue Q (podobnie jak nagrodę za najlepszy scenariusz i teksty piosenek dla Jeffa Whitty’ego) – absolutny przebój i nowa jakość na Broadwayu. Przedstawienie jest parodią programów dla dzieci, i w oczywisty sposób nawiązuje do Ulicy Sezamkowej. Jego bohaterowie (lalki Ricka Lyona) – choć życiowi nieudacznicy – niepozbawieni są wdzięku. Brian marzy o tym, by być komikiem telewizyjnym; jego narzeczona Christmas Eve, Japonka to tereapeutka bez klientów; kłócący się ze sobą współlokatorzy Nicky i Rod (odpowiedniki Erniego i Berta) odkrywają czym jest homoseksualizm; jest też potwór Trekkie, całe dnie spędzający w internecie (wyrośnięty Oskar Zrzęda?); no i Princeton, absolwent filologii angielskiej, bez grosza w kieszeni i z wielkimi marzeniami – właśnie wprowadza się na dziwaczną Avenue Q (rewelacyjna piosenka What Do You Do With A B.A. In English). Jak pisał tygodnik „Entertainment”: nazwać Avenue Q po prostu teatrem lalkowym, to zrobić mu niedźwiedzią przysługę. Ulicą Sezamkową dla dorosłych? – też nie to. Nie ma innej możliwości, jak powiedzieć, że to najbardziej kudłate i najśmieszniejsze przedstawienie jakie można zobaczyć na świecie! Fabuła raczej zwyczajna, żadnych niezwykłych przygód, latających małp czy galopujących antylop, jak w normalnym życiu... I właśnie za to publiczność tak bardzo pokochała ten show. Nic nie znacząca wymiana zdań przeplata się tu z mówieniem o podstawowych sprawach – miłości, poszukiwaniu celu, radzeniu sobie z porażkami, docenianiu drobnych odruchów życzliwości. Błyskotliwe i zabawne dialogi bez ogródek poruszają również drażliwe tematy: If You Were A Gay, Internet Is For Porn, Everyone Is A Little Bit Rasist czy Schadenfreude o czerpaniu drobnych przyjemności z cudzego nieszczęścia. Powiedzmy też jasno, że choć bohaterami są kosmate i sympatyczne lalki, ich język jest bardzo, bardzo niegrzeczny. Nie tylko dlatego dzieci nie mają wstępu na widownię. Występy zdzirowatej Lucy the Slut czy rockowy kawałek You can be as laud as the hell you want (When You’re Makin’ Love) ilustrowany kopulacją lalek z pewnością nie są przeznaczone dla widzów Ulicy Sezamkowej. Trudno się dziwić, że The Jim Henson Company, dawny właściciel praw do słynnego programu ze słodkim Elmo, zażądała wyraźnego odkreślenia jej od nieprawdopodobnego sukcesu tej nietypowej produkcji. Twórcą lalek i jednym z głównych aktorów jest Rick Lyon, dawny uczeń Jima Hensona... Od września tego roku przedstawienie grane jest w Las Vegas, zaś już w lutym pojawi się na West Endzie.


Za co je kochamy?

Fakt, że lalki pojawiły się w takim miejscu jak Broadway, wcale oczywisty nie jest. Przez lata walczyły o swoją pozycję w kulturze. Były obecne w zasadzie wszędzie – w obrzędach religijnych, na jarmarkach i na dworach, w teatrach publicznych i prywatnych. Ale dopiero Wielka Reforma Teatru pozwoliła na głębszą i powszechniejszą refleksję nad sztuką lalkarską. Jej owocem są m.in. trzy opisywane przeze mnie musicale. Ale to nie dla mody teatralnej Broadway tak kocha Króla Lwa, The Wicked i Avenue Q. Lalki pozwoliły w każdym z tych przypadków na przekroczenie „niemożliwego” – ograniczeń aktora-człowieka. Dały możliwość przeistoczenia się w zwierzęta, wykreowania fantastycznego świata, pełnego takich stworów, jakich tylko zapragnie nasza wyobraźnia, a także mówienia bez ogródek, z wdziękiem i dowcipem o rzeczach trudnych i kontrowersyjnych. Można by powtórzyć za Craigiem – „aktorzy doskonali”...


Dorota Dardzińska


Autorka jest redaktorem Sceny Polskiej.



Copyright ©2004 - 2007 MEDIA POLSKA Sp. z o. o. All rights reserved.
tel: +48 (12) 4310301  e-mail: info@mediapolska.pl