playbill
STRONA GŁÓWNA

  AKTUALNOŚCI
Scena Polska
Niekochana przeszłość
Teatr
Muzyka
Scena Kraków
Scena Warszawa
Od kuchni
Pot-Pourri
PORTFOLIO
ARCHIWUM
WSPÓŁPRACA
O NAS
KONTAKT



Niekochana przeszłość

Kilka tygodni temu przejeżdżając zatłoczonymi ulicami Warszawy, popatrywałem po billboardach. Mój wzrok przykuł jeden z nich – na nim Krzysztof Globisz. Jeszcze jedna reklama, umiaru nie mają – pomyślałem sobie, ale nie!, mój wzrok powędrował ku znanemu, charakterystycznemu znaczkowi – połączonym literom T i V, tworzącym wspólnie bardzo stare logo, jeden z najdłużej istniejących znaków firmowych w naszym kraju.Ten billboard zachęcał po prostu przechodniów i kierowców do oglądania Tajnego agenta według Conrada w poniedziałkowym Teatrze Telewizji. Signum temporis – można westchnąć. Bo to oglądaniu tego billboardu towarzyszą dwojakie uczucia. Z jednej strony – dobrze, że Telewizja Polska, która swoje publiczne obowiązki ma głęboko, lecz bynajmniej nie w sercu, nagle poczuła, że warto wydać spory grosz na akcję reklamującą coś, co wykracza ponad śpiewające fortepiany, lubianą Europę i inne złotopolskie klany co na dobre i na złe zagnieździły się w jej ramówce. Z drugiej jednak strony przyglądaniu się billboardowi z Globiszem towarzyszy żal, że Teatr Telewizji, niegdyś chluba tej firmy, unikat na światową skalę i słuszny powód do dumy, wymaga dziś osobnej reklamy; czy wręcz przypominania, że w ogóle istnieje. Przez kilkadziesiąt lat w poniedziałkowy wieczór stawał się cud: na ulicach było bardziej pusto, okna rozjarzały się niebieskawym migotaniem. Grał największy polski teatr, a w nim najwięksi aktorzy w wielkiej, w wybitnej, lub choćby w bardzo dobrej literaturze, reżyserowani przez wielkości tamtych epok.

W gramatyce istnieje kilka czasów. Jest czas przeszły dokonany i czas zaprzeszły. Ten ostatni to czas telewizyjnego teatru. Świetność – ma już za sobą. Złożyło się na to wiele przyczyn. Pierwsza to nienajlepszy stan całej polskiej kultury teatralnej. Jeśli dziś masowo produkuje się na scenach wyroby teatropodobne, to niby czemu telewizja miałaby być oazą normalności? Ze świecą dziś szukać artystów, którzy telewizję czuliby tak, jak Adam Hanuszkiewicz, twórca wielkości teatru „w okienku”, czy Olga Lipińska, która o telewizji wie wszystko. To smutny paradoks – dzisiejsze technologiczne możliwości są właściwie nieograniczone. Można w telewizji zrobić co się chce – tylko wygląda na to, że nie za bardzo jest o czym. Rzadko dziś zdarzają się inscenizacje arcydzieł literatury. Zabrakło prawdziwie wielkich, by jej wielkość pokazać. Telewizyjne przeniesienia głośnych ostatnio spektakli, takich jak choćby Made in Poland Wojcieszka, jedynie podkreślają ich słabość. Kamera jest wszak urządzeniem bezlitosnym. W ciągu ostatniej dekady Teatr Telewizji doczekał się groźnej konkurencji. A okazały się nią mydlane opery produkowane i nadawane masowo również przez publiczną telewizję. Grają w nich właściwie wszyscy, również i ci, którzy jeszcze dwie czy trzy dekady temu byli ozdobami telewizyjnego teatru. Młodym artystom telewizyjna popularność kojarzy się przede wszystkim z kręconym w pośpiechu i byle jak „tasiemcem”, a nie żmudną pracą nad budowaniem telewizyjnego spektaklu. Wszyscy są zadowoleni, „tasiemiec” daje pewną kasę – zdobywaną niewielkim wysiłkiem. Wystarczy tylko sprzedać twarz. To smutne, bo wiele dawnych przedstawień Teatru Telewizji, od chwili, gdy zaczęto je rejestrować na zgrzebnym jeszcze telerecordingu, aż po te zapisywane w najnowocześniejszych technologiach – to świadectwa najwyższego kunsztu polskich aktorów, dzieła o wartości nieprzemijającej.

Ze wzruszeniem ogląda się utrwaloną dziesięciolecia temu sztukę scenicznego słowa Zofii Mrozowskiej i Zbigniewa Zapasiewicza w Ifigenii w Taurydzie. Do dziś, mimo 40 lat, porusza Kazimierz Opaliński jako Zegarmistrz w Zegarku Szaniawskiego. Trzy siostry w reżyserii Aleksandra Bardiniego zrealizowane 32 lata temu są do teraz niedoścignionym wzorem interpretacji Czechowa. Gdy nasza TVP nadaje czasem fragment Pana Tadeusza w reżyserii Hanuszkiewicza, a od czasu pierwszej emisji minęło ze 35 lat – patrzę z zachwytem na umiejętność scenicznego skrótu, na pełne wykorzystanie możliwości tamtej starej telewizji, które i dziś mogłoby zainspirować niejednego reżysera (nie wspominając już o takim drobnym fakcie, jak fantastycznie podawana Mickiewiczowska fraza). Obecnie prawie nikt tak już nie potrafi. A skoro nie potrafi, tym głośniej gardłuje się o „pustej deklamacji”. Ożenek z 1976 roku w reżyserii Ewy Bonackiej i Rewizor Jerzego Gruzy z końca lat 70. minionego wieku uważam za inscenizacje, których do teraz nie udało się nikomu „zwyciężyć” – ani na ekranie, ani na scenie. 20 lat minęło od czasu, gdy Kazimierz Kutz zrealizował w Teatrze Telewizji Opowieści Holywoodu: ten stary spektakl wciąż opiera się upływowi czasu. Zaś Krawiec Michała Kwiecińskiego sprzed niemal dekady wciąż pozostaje dowodem na to, że Mrożek – wbrew niemądrym twierdzeniom pewnej młodej reżyserki – nie jest żadnym archaicznym bibelotem, lecz pisarzem tnącym ludzką naturę – diagnozującym kulturę z precyzją chirurgicznego lancetu. To tylko nieliczne, bardzo nieliczne przykłady arcydzieł zachowanych na telewizyjnej taśmie.

Czy tę wartość ma 98767656 odcinek Klanu? Przecież nikt nigdy już go nie powtórzy! Nasi teatralni twórcy, a nade wszystko kolejni władcy z biurowca przy Woronicza, przystając na ten stan rzeczy skazują polską sztukę aktorską na postępujący regres. To, że skazują ją na błyskawiczne zapomnienie – grzech mniejszy. Bo te stare telewizyjne taśmy sprzed 30 czy ponad 40 lat, często bardzo zgrzebne technicznie, w kolorystyce odbiegającej od dzisiejszych wymagań cyfrowej technologii, są świadectwem tego, jak wysoko stała jeszcze całkiem niedawno temu sztuka polskiego teatru. Skasujmy szybko te klany złotopolskie – mniejszy będzie wstyd wobec następnych pokoleń.

W ciągu ostatnich dwóch dekad telewizyjny teatr coraz bardziej oddalał się od swych korzeni. Spektakle stawały się coraz bardziej fabularnymi filmami, odrzucono umowność, scenograficzny skrót, tak charakterystyczny dla wczesnego etapu telewizyjnego teatru. Dziś patrzę na tamte rysowane dekoracje Srokowskiego czy Butenki z pewnym sentymentem. Nie czas na finezję, na aluzję, dyskretny figiel, gdy w cenie jest postawa „przodem do przodu i kawę na ławę”, ale może czasem warto popatrzeć na te stare taśmy i poszukać jakiejś inspiracji? Przeszłość bywa znakomitą trampoliną do skoku w przyszłość...

Nasze publiczne media elektroniczne dopracowały się dwóch gatunków, które były ewenementem w światowej skali: teatru radiowego i telewizyjnego. O ile ten pierwszy ma się całkiem nieźle, wciąż powstają w nim wspaniałe słuchowiska, ma wciąż wiernych odbiorców – to Teatr Telewizji, niegdysiejsza polska chluba, dziś nie jest nawet cieniem dawnej wielkości i znaczenia. Zmarginalizowany, zepchnięty w coraz gorsze czasy emisji, zapoznany przez następne pokolenia – walczy o przetrwanie. To także polska specjalność: pozbyć się starej, a wciąż wartościowej rzeczy, by po latach odkryć, że jednak bardzo jej brak i dopiero wtedy uderzać w lament. Oby nie stało się tak z telewizyjnym teatrem. Bo wtedy nie pomogą mu kolejne billboardowe akcje reklamowe.

Nowym dyrektorem Teatru Telewizji po nagłej i przedwczesnej śmierci dotychczasowego dyrektora Pawła Konica jest Wanda Zwinogrodzka, osoba od podszewki znająca firmę przy Woronicza. Podjęła się zadania określanego po angielsku mission impossible, czyli złożenia do kupy czegoś, co przez kilkanaście ostatnich lat skutecznie rozbierano – trzymajmy za nią kciuki.


Tomasz Mościcki


Tomasz Mościcki jest krytykiem teatralnym, dziennikarzem Polskiego Radia, artystą fotografikiem.



Copyright ©2004 - 2007 MEDIA POLSKA Sp. z o. o. All rights reserved.
tel: +48 (12) 4310301  e-mail: info@mediapolska.pl