Dulscy idą do teatru
Jest siódma wieczorem, a miasto świeci pustkami. Właściciele delikatesów i restauratorzy zrozpaczeni liczą, ile mogliby zarobić, gdyby przyszli do nich klienci. Muszą dotrwać do dwudziestej drugiej, wtedy ulice znów zaroją się ludźmi. Teraz wszyscy siedzą w teatrze.
Na kilka godzin życie miasta przenosi się właśnie tam – do sali teatralnej. Przyszły wszystkie osobistości, „żydostwo” i mieszczaństwo. Jutro w gazetach będzie można przeczytać, kto odwiedził w loży hrabinę i jaką toaletę miała córka oficyałowej. Dulscy, Paskudnickie czy Apfelgruenowie częściej zerkają na widownię niż na scenę. Tutaj są w wielkim świecie.
W ten sposób można by w gruncie rzeczy opisać większość wieczorów teatralnych drugiej połowy wieku XIX. Teatr znajdował się w samym centrum życia miejskiego. Był dla tamtych ludzi telewizją i kinem Hollywood, był biblioteką i salonem. Tam lokaj na równi z hrabim mogli do woli podglądać alkowy dam kameliowych i pokoiki niewinnych dziewcząt, do których nocami zakradają się podstępni lubieżnicy. Przedstawienia wciągały jak telenowele, a grze aktorskiej wierzyło się jak księdzu. Aktoromania była chlebem codziennym, tak jak w gazetach anegdoty teatralne. Swoje show dawała również publiczność.
Targowisko próżności
Na widowni należało pojawić się w odpowiednich kostiumach: na dramaty oraz do krzeseł na operę, bierze się toaletę wizytową, kapelusz i rękawiczki jasne; kapelusz musi być bardzo mały, zwyczajny toczek (…). Lepiej też jest kapelusze zdejmować, jakkolwiek naraża to na bardzo staranne uczesanie głowy – radzi mieszczańskiemu czytelnikowi traktat z 1904 roku. Rada dotyczyła ważnej sprawy – jakieś 50 lat wcześniej znajdziemy w „Dzienniku Literackim” narzekania starej ciotki na to, że niewygodnie siedzieć jest na parterze i nieelegancko, że kapelusz nie pozwala słyszeć i przez 5 godzin trzeba go trzymać na głowie, a nie ma gdzie położyć. Kiedyś widz teatralny musiał również znosić i to, że gdy sale były oświetlane światłem świec, mógł na jego wyszykowany strój nakapać wosk, a po wynalezieniu lamp naftowych, należało się przyzwyczaić do tego, że w powietrzu jest wiele ciemnego dymu i panuje ogólna duchota. Z takiego słabego oświetlenia zadowolone były tylko aktorki – ich olśniewające kreacje wykonane były przecież z… najtańszych materiałów.
Traktat z 1904 roku o zachowaniu w teatrze przypomina również, że ofiarowanie lornetki i cukierków, które się ustawia na oparciu loży, należy do towarzyszącego paniom mężczyzny. Do cukierków winny być dołączone szczypczyki, ażeby nie walać rękawiczek. Częstowanie cukierkami nie powinno być zbyt natrętne; spożywa się je również bardzo dyskretnie, nie wybierając najlepszych. Nic dziwnego – przedstawienia trwały dobrych kilka godzin i można było porządnie zgłodnieć. Jeśli zdarzyło się krótsze jakieś przedstawienie, publiczność buntowała się głośno, bo zapłaciła swoje za bilet. I za to, żeby jak najdłużej cieszyć się „bywaniem w świecie”.
Plakat z Modrzejewską na ścianie
Pewnym zwyczajem teatralnym było natomiast spóźnianie się (czasem ostentacyjne), bądź przychodzenie tylko na chwilę, po to, by się pokazać kobietom. Niektórzy jednak mężczyźni woleli kobiety oglądać. Bogaci, lecz starzy i spoceni, biegli po spektaklu z bukietem kwiatów i drobną biżuterią do garderoby, w której czekały niewinne naiwne. Bo prawdziwe show na widowni zaczynało się głównie w reakcji na grę aktorów. Nierzadko jakaś Hesia czy Mela z widowni, w najmniej odpowiednich sytuacjach, zaczynały krzyczeć „fora! fora!” (czyli bis), po to tylko, aby na chwilę uwaga widzów zwróciła się w stronę ich samotnie wibrującego głosu, a potem w chórze z nim przerwała grę aktora i zachęciła do ukłonów. Takie owacje mogły trwać nawet kilkanaście minut, choćby to była scena z tragiczną śmiercią Ofelii. Budziły one oczywiście oburzenie krytyki: owacje w naszym teatrze to taki chleb powszedni jak…oszczędności na kolei nadwiślańskiej – pisał w 1899 roku jeden z recenzentów. Panie miały w zwyczaju głośno rozmawiać, zwłaszcza na temat przymiotów męskiego gwiazdora. A aktorzy zabiegali o przychylność publiczności. Ona bowiem zapewniała im pozycję w środowisku i dyktowała dyrektorom wysokość gaży.
To dla niej aktor stosował efekty trickowe, na przykład prawdziwą krew (cielęcą) w pęcherzu na scenę zabójstwa, albo specjalne urządzenie podnoszące włosy na głowie śmiertelnie przerażonego. Skutkowało – ulubieniec publiczności zarabiał i 20 razy więcej niż zwykły aktor. Produkowano papierosy z jego nazwiskiem (Żółkowski, Modrzejewska), robiono torty (Marczello) lub jedzono cukierki owinięte w papierki z jego fotografiami.
Awanturnicy i nudziarze
Widownia dziewiętnastowieczna była miejscem tragedii i farsy zarazem. Znana jest historia, jak w czasie przedstawienia dziś już zapomnianej, paryskiej sztuki Generał Boulanger, z pierwszych rzędów powstał nagle jakiś mężczyzna i powiedziawszy kilka słów, zastrzelił się. Okazało się, że był to pewien literat, który twierdził, że autorzy wystawianego tekstu okradli go z pomysłu i stanęli na drodze do sławy. Oskarżył ich publicznie, po czym odebrał sobie życie na oczach widzów. Nie wiadomo, czy takie wypadki zdarzały się na scenie polskiej, ale wiadomo, że odwiedzały ją prawdziwe zwierzęta teatralne. Otóż w 1821 roku odnotowano przypadki, jak pewien szczur łaził po lożach Teatru Narodowego, w czasie najnudniejszych sztuk, wzbudzając tym samym zachwyt przysypiających panów i histerię wdzięcznych pań. Nazwano go klasykiem. Kilkadziesiąt lat później jeden z recenzentów zapyta przy innej okazji: Któż też jest szczęśliwym właścicielem tego kota, który w najtragiczniejszych scenach dramatów pojawia się na scenie i odbywa po niej flegmatyczne przechadzki ku wielkiej radości galerii?
Chciałam tu początkowo przywołać jedynie garść starych, pięknych anegdot o życiu publiczności teatralnej w epoce gwiazd, które przypomniałyby o tym, że teatr był masową rozrywką, nierzadko nakierowaną na erotykę, że uczył literatury, dostarczał mocnych wrażeń, pozwalał pożyć życiem elit. Ale nie to okazało się najważniejsze. Tamtych ludzi teatr obchodził bardziej niż romanse sąsiada i ciasne, szare podwórko. Dzisiaj oglądamy z tym samym zainteresowaniem fruwające po scenie zwierzęce wnętrzności i agonię szekspirowskiego bohatera. Z zainteresowaniem czy raczej: z obojętnością. Nikt nie tupie, nie gwiżdże i nie rzuca pomidorem w scenę, gdy sztuka mu się nie podoba. Mniej lub bardziej bladymi oklaskami żegnamy aktorów i wracamy do domu, mając Melpomenę w głębokim „poszanowaniu”.
Dorota Dardzińska
Autorka jest teatrologiem i redaktorem „Kwartalnika Teatralnego”.
Redakcja pragnie serdecznie podziękować Bibliotece Jagiellońskiej za użyczenie materiału ikonograficznego na potrzeby artykułu oraz dr hab. Dariuszowi Kosińskiemu za udostępnienie swoich zapisków teatralnych.
***************************************************************************
Wyszedł z teatru
Gołego człowieka znaleziono 22. lutego na wałach kolejowych. Pogotowie ratunkowe odwiozło go do szpitala, sądząc, że ma pomieszanie zmysłów. Okazało się, że jest to poważny obywatel m. Krakowa, który przyszedł do tego gołego stanu skutkiem wybierania go na gospodarza balów filantropijnych.
„Bocian” nr 4 1904, s. 3.
***************************************************************************
Niehigieniczny kochanek
…stronę higieniczno-toaletową sztuki należałoby troszeczkę uwspółcześnić. Don Juan przyjeżdża późno w nocy i gdy wchodzi na scenę w długich butach, mamy prawo przypuszczać, że się przebierze lub choćby tylko umyje. Diabła tam. Uwiódł w tych samych butach jedną kobietę, spędził w nich całą noc i rano zabiera się do drugiej. Jak widzimy, częściej zmienia kochanki niż onuczki, bo o posiadanie skarpetek nawet go nie posądzamy. Biedny zalatany brudasek.
z recenzji Don Juana Rittnera „Wiadomości Literackie”, marzec 1930 [w:] „Teatr” 1960 nr 22 s. 22
Teatralna encyklopedia kieszonkowa
Autor – istota mityczna, zwłaszcza dla dyrektora i kasjera
Baletnica – pociecha mężów dźwigających wysoko sztandar ładu, porządku i moralności
Charakter – właściwość potrzebna dziś tylko na scenie
Dyrektor – osoba w pocie czoła okradająca swych bliźnich
Klaka – entuzjazm szanownej publiczności dla utrzymanki pana hrabiego
Kurtyna – zasłona, która się na prawdę zapuszcza, a na kłamstwo unosi
Naiwna – osóbka, którą brak pamięci zmusza do pytania o rzeczy, znane jej z doświadczenia
Opera – niezwykle rozczulający dramat, podczas którego konający bohaterowie zanoszą się od śpiewu
Publiczność (zawsze szanowna) – wielka masa czupryn, łysin, wąsów, nosów, oczu, uszu i pierzastych kapeluszy
Benedykt Hertz „Liberum Veto” nr 9 1903 [w:] „Teatr” nr 9 1953, s.27.
|