Polska szopka z kompleksami
Śmiech to wspaniały podarunek pod choinkę, ale przydaje się również przed Świętami. Zwłaszcza, gdy porwani przez wir przygotowań i zakupów, zapominamy czasem o tym, co w Bożym Narodzeniu piękne i dobre. Być może patrząc na niektóre prace polskich karykaturzystów łatwiej złapać dystans do życia i zachichotać? Zróbmy sobie prezent!
Felicjana choinka spod Kopca
Pan Felicjan nie lubi nowości. Gwałtowne zmiany burzą jego codzienną rutynę, do której jest szczególnie przywiązany, dlatego nie odwiedza modnych ulic, klubów, galerii handlowych. Lubi porządek z dwóch powodów: potrzebuje go, aby jakoś się w nim odnaleźć oraz by odpowiedzieć sobie na pytanie (jeśli jeszcze tego nie zrobił) – kim jestem? Podobnie jak kapitan Dostojewskiego, który zakrzyknął z rozpaczą: „Jeśli Boga (a zatem i żony, kierownika zmiany itd.) nie ma, to jaki ze mnie kapitan!”, Felicjan potrzebuje hierarchii. Przed Świętami nie kupuje najnowszych wzorów bombek (czyli baniek – w jego małopolskim dialekcie). Z czułością godną lepszej sprawy przygląda się zawsze starym, odrapanym już reliktom przeszłości – złotemu domkowi Baby Jagi z ukruszonym piernikiem, zielonej szyszce, ogniście czerwonemu soplowi. Jest nieekologiczny. Drzewko – zawsze cięte, nigdy w doniczce. Prawdopodobnie nawet nie wie, że takie są dziś modne; poza tym żona każe kupić właśnie to, bo taniej. Idzie więc i kupuje. Od 25 lat takie samo. A pod choinką? Pusto. Święty Mikołaj przyszedł do dzieci, jak zawsze, 6 grudnia. Felicjan do dziś nie rozumie, co robią krasnale w czerwonych płaszczach z wacianą brodą w Wigilię w telewizji publicznej czy na ulicach. Na stole nic nowego – przypalony nieco karp (praktyczna żona zawsze przygotowuje go wcześniej i na wigilię trzeba odsmażać – stąd karp zazwyczaj nieco carbonara), barszcz z uszkami z pobliskiego sklepu (pracują zawsze w Wigilię, nie ma czasu lepić w domu), a na koniec cicha słabość Felicjana – paluszki z makiem. Podobno symbolizują małe paluszki Dzieciątka, ale ta ludożercza metaforyka nie ogranicza łakomstwa Felicjana. Tylko żona jak zwykle marudzi o podniesionym poziomie cukru, i maku, który jest najczęstszą przyczyną ataków wyrostka w święta...
Święta u Gospodarza
Gospodarz mieszka w stylowym polskim dworku pod Warszawą. Dom projektował zaprzyjaźniony architekt, ale o detale wykończeniowe troszczyli się z żoną. Sami wybierali kolor dachówki, kształt kolumn na ganku. Sam też Gospodarz posadził przed domem jodłę syberyjską – co prawda nie pachnie tak, jak jej skromna polska odmiana, ale jest podobno trwalsza i bardziej stylowa.
Gospodarz iskrzy dowcipem, ma mnóstwo przyjaciół z najlepszego towarzystwa. To u niego powinno się bywać. Gorączkowa pogoń za stylem – najpierw po egzotycznie wyglądających katalogach, a następnie w rozlicznych podróżach – zakończyła się sukcesem. W towarzystwie uchodzi za znawcę dobrego smaku. Co wieczór z dumą przygląda się swemu obejściu, inteligentnej i pięknej żonie, dzieciom. Święta, jak zawsze, będą u nich wydarzeniem sezonu. Stół i choinkę pokażą pewnie wszystkie liczące się pisma kobiece, a w blokach startowych już grzeją się oczekujący zaproszeń na wieczór kolęd – staropolskich oczywiście – w drugim dniu Świąt. Gospodarz jest człowiekiem niewyobrażalnej namiętności, która przenika wszystko, czym się zajmuje. Jego prezenty mają znów olśnić rodzinę i znajomych, jego potrawy wigilijne przyrządzone z pomocą Pani Marianny (pomocy i dobrego ducha domu) z najdrobniejszymi szczegółami zawartymi w książce z ubiegłego wieku, wyszukanej specjalnie w tym celu na pchlim targu, staną się hitem kulinarnych programów świątecznych. Wie, że w tym roku powinien być bardziej oszczędny. Spłaca kredyt za dom, miesiąc temu kupił swoje najnowsze „dziecko” – Saaba (zgodnie z zasadą: „jak być trendy, nie będąc trendy”, mercedesy i BMW są przecież takie pretensjonalne), ale to przecież Święta, musi być suto i z połyskiem. Wszystko jakoś się spłaci w nowym roku.
W tym roku Gospodarz ma jednak poważny problem. Nie wie, czy w święta powinien wystąpić w kontuszu, czy w chłopskiej sukmanie. Nabył już oba warianty. Nie potrafi jednak odpowiedzieć sobie na pytanie, który z nich będzie bardziej zaskakujący...
Karpik Pani D.
Nie pamiętam, czy były kiedyś takie czasy, w których Pani D. nie narzekała na świat i jego wobec niej nieprzychylność. Bo jeśli nawet zdarzało się tak, że w domu było więcej pieniędzy niż u sąsiadów i znajomych, że dzieci – siermiężne, ale solidne – przynosiły pociechę i wzruszenie niespotykanymi na skalę rodzinną osiągnięciami naukowymi, to zawsze można było przecież pozrzędzić na męża, który albo dywan trzepał za krótko (lub za długo), albo lustro powiesił za wysoko (lub za nisko). Powody podsuwało Pani D. jej niezwykle skomplikowane życie.
Święta w jej domu oznaczały zawsze wzrost napięć, gwałtów i sprzeczek. Z dziećmi przede wszystkim. Mąż nauczył się u jej boku rzadkiej umiejętności – powiedzielibyśmy – alienacji uczestniczącej. Ciało jego wysyłało sygnały reakcji na nieustanne poszturchiwania, postulaty i brewerie małżonki. Dusza zaś błądziła po okolicznym parku, wzgórzu pokrytym śniegiem, na które znowu nie zdąży się wybrać tej zimy, bo w domu stale będzie miał co robić. Poza tym przecież zedrze podeszwy i przeziębi się, a kto zapłaci za leczenie?
Pani D. zbyt dosłownie uwierzyła, że repetitio est mater studiorum i od 25 lat powtarza mężowi, że 80 proc. ciepła ucieka przez głowę, więc niech ubiera czapkę, kiedy wychodzi na pole (Pani D. jest nieodrodną córą swej prowincji, dlatego nie wie nawet, że czasownik „ubierać” w jej ojczystym języku ma tylko formę zwrotną oraz że „wychodzenie na pole” przyprawia mieszkańców stolicy o uśmiech pobłażania).
Dziś Wigilia, a w domu trzeba jeszcze tyle spraw dokończyć i – jak zwykle – bez niczyjej pomocy. Mąż, który zdaniem Pani D., nigdy nic w domu nie zrobił, nawet nie potrafi dopilnować, aby karp się nie przypalił, kiedy ona przygotuje stół. Ale o północy zgodnie i z wyuczonym przez tyle lat uśmiechem wyjdą na Pasterkę, bo przecież co powiedzą sąsiedzi... Dobra opinia to grunt!
Sola i kapary Żony M.
Jest taki nowy typ kobiety – kosmopolka. Charakteryzuje się doskonałym porozumieniem ze swymi gatunkowymi odpowiednikami z krajów znajdujących się na szczytach cywilizacyjnych. Tak jak i one, kosmopolka kalendarz ma czarny od terminów, a jeśli przez przypadek zdarzy się jakaś wolna godzinka, to wypełnia ją szybciutko i ze wstydem jakimś wyimaginowanym terminem. Być nieustająco zajętym, znaczy bowiem żyć. Jada tylko to, co jest bio- lub organic, i bez tłuszczu. Ma swojego trenera, który kontroluje równowagę muskularno-wagową. Jej styl trudno właściwie zdefiniować. Lubi wszystko, co akurat modne i bardzo jej z tym do twarzy. Na Święta zwykle ucieka do ciepłych krajów. To pozwala zachować równowagę i oderwać się od codziennego kalendarza spotkań. Męża posiada, bo miło spędzać czas z kimś równie kosmo, jak ona. Brak męża jest poza tym widoczną oznaką defektu kobiety, a na to Żona M. nie może sobie pozwolić. Swój związek traktują bardzo otwarcie, po partnersku. Budują go zgodnie z zasadami wolności, szacunku dla prywatności i tolerancji. Żona M. wie, że przelotne stosunki tylko ubogacają ich współżycie.
W tym roku Święta spędzą jednak w domu. Żona M. dostała nowe zadanie w pracy, do którego musi się solidnie przygotować. Już przemyślała więc i zamówiła wszystko, co niezbędne na Wigilię Dania przygotuje najlepszy w stolicy kucharz – Francuz. Będzie sola w sosie kaparowym (karp jest jednak za tłusty), kozi ser ze szpinakiem, kompot z suszonych daktyli. Tylko trochę żal tego słońca z Meksyku...
Idą Święta! Wszyscy Polacy – ci biedniejsi i bogatsi, ładniejsi i nieco szpetni, siądą przy swoich stołach i będą się cieszyć i wzruszać jak zawsze. Przez tych kilka dni będą dla siebie najlepsi. Felicjan z niecodzienną czułością spojrzy na żonę i ze zdumieniem stwierdzi, że nie potrafiłby już bez niej żyć. Karp będzie jednak smakował nienajgorzej. Dworek Gospodarza zahuczy kolędą tak, że po chwili wszyscy zapomną o swych pozycjach i pozach, wyuczonej etykiecie i po prostu ucieszą się, że mają siebie. Pani D. i Żona M. spotkają się – nie wiedząc o tym wcale – w tej samej kolejce po suszone grzyby, których, mimo precyzyjnych obliczeń, jednak zabrakło. Obie ze zdziwieniem uśmiechną się do losu, dziękując za udany – mimo wszystko – rok. Wszyscy znowu odkryją, że Jezus musiał narodzić się w Polsce.
Jadwiga Emilewicz
Autorka jest politologiem, wykładowcą Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie. Nie mieszka w dworku i wychodzi na pole.
Serdecznie dziękujemy Muzeum Karykatury w Warszawie za udostępnienie materiałów: serii widokówek wydanych na rzecz Liceum Plastycznego w Opolu pod hasłem KARYKATURZYŚCI POWODZIANOM.
|